Znowu starsza – hmmmm

Dzisiaj mija 31 lat, kiedy to jako siódme dziecko swoich rodziców postanowiłam pojawić się na tym świecie. Cztery kilogramy szczęścia :) które dosyć szybko wyfrunęło z gniazdka, porywając się na najtrudniejszy lot swojego życia :)

Dzisiaj z racji tego, że zostałam sama, dzieci usnęły w miarę wcześnie i spokojnie – stanęłam w łazience przed lustrem. Hmmm zmieniłam się. Nie ważę już te cztery kg,chociaż jak na wagę startową to całkiem nieźle ;) włosy wyraźnie pokrywają się siwizną, pojawiają się jakieś zmarszczki – maaaatko z czego tu się cieszyć ?

Ano jest z czego. Bo może i skroń pokryta siwymi włosami i może zmarszczki bardziej wyraźne niż rok temu, może nie wszystko poukładało się tak, jakby się chciało, może nie wszystkie marzenia się spełniły. Ale jestem zadowolona z tego co mam i z tego na jakim etapie życia jestem.

Niejednokrotnie już pisałam, że moją dumą, moim największym szczęściem jest dla mnie moja rodzina. To wszystko co osiągnęliśmy pracą własnych rąk. Nikt nam niczego w życiu nie dał, wszystko ca mamy zawdzięczamy sobie ;)

Dzisiaj leżąc pomiędzy swoimi śpiącymi dziećmi myślę, że nie jest mi nic więcej do szczęścia potrzebne (no może niechby małżonek chociaż za ścianą pochrapywał) Mam mieszkanie, nasze miejsce na ziemi – może nie takie o jakim marzyliśmy- ale nasze własne, ciasne, nasze schronienie, nasza oaza. Miejsce, gdzie podłoga wypiła nie jeden litr słonych łez, gdzie ściany słuchały śmiechów, pisków, grymasów, sprzeczek naszych i naszych dzieci…. Okna codziennie przepuszczają promienie słońca po to by noc przegoniła je by wpuścić blask księżyca. Drzewa dokładnie lipy,  które latem zielenią się jak szalone, pachną słodko a jesienią, gdy opadną liście pozwalają zerkać nieśmiało na jezioro … nasze – to wszystko nasze :) nasz dom, gdzie w każdym pęknięciu ściany zapisana jest nasza historia. Może kiedyś te ściany przemówią – opowiedzą komuś jacy wariaci tu mieszkali. Komuś- bo nas tu już nie będzie ….

będziemy siedzieć z mężem na werandzie naszego upragnionego domu na wsi. Będziemy razem wpatrywać się w filiżankę ze świeżo zaparzoną kawą (INKĘ) i rozmyślać jak to było, gdy mieszkaliśmy w czwórkę w dwóch ciasnych pokoikach i było nam tam dobrze ;) i co opowiedziały by ich ściany gdyby przemówiły ;)

tak będzie – wierze w to – bo marzenia się spełniają.

W swoim życiu bardzo wielu rzeczy się boję. W ogóle z natury jestem taka bojąca ;) jednak chyba najbardziej boje się upływającego czasu…. żal mi chwil, które minęły, chociaz wiem, że przede mną jeszcze wiele innych  , lepszych ;) hmmm …ale chciałoby się cofnąć w beztroskie czasy szkoły, czasy narzeczeństwa … wspomnienia, najfajniejsze co możemy mieć ;) tego nam nikt nie odbierze – tam zawsze będziemy piękni i młodzi :) bez siwych włosów na skroni, bez zmarszczek :)

Sto lat lustrzane odbicie – oby kolejne lata nie były gorsze :)

;)

Czy to bunt czy to tylko zmowa ?

Ostatnio doświadczam porażki wychowawczej. A wszystko to dzieje się za sprawą mojego małego, dokładnie piętnastomiesięcznego terrorysty. Od jakiegoś czasu Junior nauczył się wymuszać wszystko krzyko – piskiem, o decybelach o wiele za dużych jak na mój gust ;)

Krzyczy na wszystko: a no bo to Amelka na niego patrzy, a to przyczepka nie chce umocować się do traktorka, a to zabrania mu się czegoś, a to chce pić, a to chce się przytulić … dosłownie na wszystko. Dzisiaj udałam się do sklepu w celu zakupienia kilku drobiazgów. Wiktor na widok traktorka zaczął od razu krzyczeć, kładł się na podłogę, tupał przy próbie odłożenia rzeczy na swoje miejsce. Byłam w szoku :( Z Amelką takich doświadczeń nie miałam – a tu taka niespodziewajka :) i oczywiście tłum ludzi gapiących się na „nieporadną” matkę. Uległam :( kupiłam mu ten traktorek – ale ostrzegam Cię mały terrorysto pierwszy i ostatni raz. :) nie dam się już zaskoczyć i opracuję swój własny sposób na „oswojenie” Ciebie ;)

Amelia również od jakiegoś czasu skutecznie podnosi mi ciśnienie. Czy zmówiły się te dzieci czy jak ;) Kochane te dzieci i każdego dnia dziękuję Bogu, że je mam … ale czy muszą codziennie sprawdzać moją cierpliwość ?? Nie jestem idealną matką i nie mam idealnie grzeczniutkich dzieci … potrafię się do tego przyznać …

Ale ja się nie poddaję o nieeee … jak to mawia mój mąż: sportowiec zaczynając swój bieg, także przyklęka po to by za chwilę znaleźć się na mecie i sięgnąć po trofeum. Także na razie upadam, ale podniosę się ..;) drżyjcie moi mali, najukochańsi terroryści – nadejdę z nowymi siłami i znajdę nić porozumienia między nami – OBIECUJĘ :)